Apocalypse.pl Logo

Jim Travis Nazywam się Jim Travis. Pochodzę z Teksasu. Przed Katastrofą byłem uznanym właścicielem firmy przewozowej w Amarillo. Moje ciężarówki przemierzały cały kraj, dostarczając towary punktualnie niczym w szwajcarskim zegarku. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że Travis znaczy „niezawodny”. Prowadziłem ciężkie, ale uczciwe życie – do czasu, aż wszystko stanęło na głowie.

Początkowo z radością odizolowaliśmy się od zewnętrznego świata – zamknięcie schronów oznaczało, że cały chaos, obecny na zewnątrz, zniknął dla nas jak za machnięciem magicznej różdżki. Niestety, wkrótce okazało się, że natura ludzka zawsze pozostaje taka sama.

Ograniczony dostęp do zasobów takich jak woda czy jedzenie spowodował, że ludzie zamienili się w bestie – każdy walczył o własne przetrwanie, nie zastanawiając się nad losem innych. Słabsi zostali skazani na życie w biedzie i odosobnieniu, z dala od reszty naszej społeczności. Ja zawsze starałem się trzymać z daleka od kłopotów. Wiedziałem, że co bardziej agresywni mieszkańcy schronów tylko czekają na okazję, aby przetrącić komuś kark. Do tej pory udawało mi się to dosyć dobrze – miałem własny kawałek przestrzeni, w którym mogłem się spokojnie zaszyć. Racje żywnościowe rozdawane były dwa razy w tygodniu – trzeba się było po nie stawić do pilnie strzeżonego magazynu. Poza tym, i obowiązkowym liczeniem stanu osobowego naszego schronu raz w miesiącu, mogłem spędzać swój czas w dowolny sposób.

Dużo czytałem, czasem chodziłem na spacery po długich korytarzach, stojących otworem dla każdego żądnego przestrzeni samotnika. Znalazłem sobie hobby – konstruowałem drobne, a z czasem coraz większe zdalnie sterowane roboty, które mogły zastępować człowieka przy prostszych zajęciach. Moim szczytowym osiągnięciem były dwa mechaniczne ramiona – nazwałem je „Jamie” i „Anna”, grające przeciwko sobie w szachy. Kilka osób proponowało mi odkupienie ich za całkiem pokaźne sumki ale odmówiłem, nie chcąc pozbywać się swoich jedynych wiernych towarzyszy.

Jak się miało okazać, to właśnie moje hobby wpędziło mnie w obecne kłopoty. Czasem pomagałem mieszkańcom schronu naprawiać różne urządzenia elektroniczne i mechaniczne. Większość z nich z wdzięczności chciała mi się odpłacić. Dolary straciły jakąkolwiek wartość, a nową walutą stały się pixy – tak określamy tabletki. Antybiotyki, leki, ecstasy. Białe, żółte, niebieskie, czerwone… we wszystkich kolorach tęczy. Niektórzy potrzebują ich z powodu różnych chorób, inni sięgają po nie w nadziei na złudne sny o życiu na powierzchni. Przez pierwsze miesiące zgromadziłem ich całkiem pokaźną kolekcję. Byłem w pełni zdrowy, a widok nieprzytomnych ćpunów odstraszał mnie od jakichkolwiek eksperymentów z substancjami psychoaktywnymi.

Nie upłynęło dużo czasu, kiedy przyplątał się do mnie młody Jackie. Miał może 17 lat, szeroko otwarte przekrwione oczy i zjadał wszystkie tabletki, jakie trafiły w jego ręce. Zorientował się, że trzymam gdzieś swój mały dobytek i liczył na łatwy łup. Pewnej nocy zakradł się do mojej kabiny otwierając wytrychem zamek w drzwiach i próbował poderżnąć mi gardło nożem kuchennym. Nie przewidział tego, że nawet we śnie nie rozstaję się ze swoją „czterdziestką piątką”. Kula przewierciła mu czaszkę, wylatując po drugiej stronie i zatrzymując się dopiero na ścianie.

 

 

Następnego dnia zebrała się Rada, rozstrzygająca spory i wymierzająca kary na terenie naszej podziemnej kolonii. Zostałem osądzony nie tylko za zabójstwo nieletniego mieszkańca schronu, ale także za nielegalne posiadanie broni, którą nosić mogą jedynie upoważnieni strażnicy. Całej sprawie nie pomogło też dalekie pokrewieństwo Jackiego z jednym z członków Rady. Oto opuszczam Was na zawsze, traktowany jak najgorszy przestępca i kanalia. Ja i moja wierna „czterdziestka piątka”.


  • PG
    Jeden z pomysłodawców projektu. Odpowiada za nadzór nad programistyczną częścią przedsięwzięcia. Współtworzy kod silnika i interfejsów gry.


Komentarze
  1. Jak dla mnie to Jim Travis bardzo przypomina tego angielskiego aktora Seana Beana :)




Skomentuj